Oskar i pani Róża

Oskar, za namową szpitalnej wolontariuszki, pani Róży, pisze listy do Boga. Ciocia Róża, jak nazywa ją chłopiec, twierdzi, że każdego dnia można poprosić Go o jedną niematerialną rzecz. Więc Oskar prosi, bo przydałoby mu się sporo odwagi i cierpliwości – a przede wszystkim byłby wdzięczny za odpowiedź na najważniejsze pytanie: czy w końcu wyzdrowieje?

– Ciociu Różo, dlaczego nikt mi nie mówi, że umrę? (…)
– Czemu chcesz, żeby ci to mówiono, skoro sam wiesz, Oskarze! (s. 27)

Kiedy ma się 10 lat i leży się w szpitalnym łóżku (które prawdopodobnie opuści się wcale nie przez główne drzwi), można przyjąć, że każdy dzień to dekada i w ten sposób przeżyć długie, szczęśliwe życie. Autor zręcznie wykorzystał ten pomysł do wprowadzenia nieprzyzwoitej wręcz dawki humoru, pokazując, że to dobry sposób na radzenie sobie z rzeczywistością, na którą nie mamy wpływu.

Dziś wieczór cieszę się, że mam dwadzieścia lat, bo myślę sobie, że uff, najgorsze mam już za sobą. Dojrzewanie to jest naprawdę syf! Dobrze, że przechodzi się przez to tylko raz! (s. 43)

Oskar i pani Róża jest dla mnie książką językowo bezbłędną i oszczędną w słowach, tak jak lubię. Nie ma w niej miejsca na tanie sentymenty i spazmatyczne wybuchy płaczu – skłania raczej do spokojnej, mądrej refleksji. Nie traktuje chorych bohaterów z politycznie poprawną delikatnością, ale oswaja chorobę poprzez humor – poparzony chłopiec to Bekon, a łysy z powodu chemioterapii to Jajogłowy. Oskar przede wszystkim przypomina, że dziecko też ma świadomość umierania.

Człowiek, który widział więcej

Augustin widzi zmarłych, ale ukrywa swój dar, by nie zostać uznanym za wariata – do czasu, gdy na jego oczach zostaje dokonany zamach terrorystyczny, a on jest jedyną osobą, która widziała prawdziwego zamachowca: ducha zmarłego radykalisty. Splot okoliczności sprawia, że mężczyzna szuka odpowiedzi w trzech największych religiach świata i w końcu zadaje pytania samemu Bogu…

Dlaczego Bóg pisze trzy księgi? Czy nie powiedział już wszystkiego w pierwszej, w Starym Testamencie? Jeśli bierze się do tego ponownie w Nowym Testamencie, co dodaje, o czym wcześniej zapomniał? I wreszcie, czy ten Nowy Testament do tego stopnia go nie satysfakcjonuje, że kilka wieków później zaczyna od nowa, objawiając nam Koran? (s. 221)

Pomysł przedni i bardzo na czasie (i to jedyne zalety tej powieści), ale przegadany. Niezmiernie brakowało mi niedopowiedzeń i mistrzowskiej oszczędności słów, którą Schmitt popisał się w Oskarze i uwielbianym przeze mnie Kiedy byłem dziełem sztuki. Schmitt w pigułce to najlepszy Schmitt.

Główny bohater został tak intrygująco zarysowany, że naprawdę byłam mocno rozczarowana, gdy okazało się, że pod powierzchnią nie kryje się tajemnica i psychologiczna głębia. To samo dotyczy reszty postaci. Niestety, o ile taki zabieg jest dobry w przypadku książek dla dzieci, tak tutaj wywołuje poczucie zawodu.

Apogeum mojej frustracji przypadło na moment, gdy autor dość nieudolnie (w sposób wręcz łopatologiczny) wprowadził swoją własną postać. Nie twierdzę, że Człowiek, który widział więcej to książka beznadziejna, ale nieco rozczarowująca, jeśli czytało się inne, lepsze dzieła Schmitta. Ponad 360str dało autorowi możliwość rozwleczenia dialogów, spłycenia postaci i wątków, pominięcia aspektów psychologicznych i – co najważniejsze! – niezostawienia miejsca na refleksję, która rodzi się w niedopowiedzeniach. A miejsca na to byłoby sporo, skoro to książka o szukaniu Boga.

Gdzie leży problem? W tym, że jeśli Schmitt chciał podzielić się swoimi filozoficznymi przemyśleniami na temat Boga i źródła ludzkiej przemocy, mógł je zawrzeć w eseju. Esej jest przejrzysty i jest w nim wszystko czarno na białym – czyste uzewnętrznienie. Jako pisarz powinien stawiać pytania – a tymczasem dał nam odpowiedzi.

Za obie lektury dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova

Nie mogłam nie zestawić tych dwóch książek ze sobą. Pierwsza ma wszystko to, czego nie ma druga. Sama nie mogę uwierzyć, jak dwa dzieła jednego autora mogą się tak różnić pod względem jakościowym, ale wierzę, że wybór odpowiedniej formy przekazu wiele zmienia. Czasami trzeba powiedzieć mniej, by wiadomość dotarła. I czasami naprawdę nie trzeba dostać od Boga odpowiedzi, by coś zrozumieć. Można by powiedzieć: bierzcie przykład z Oskara, nie Augustina.

Co mi się podoba w obu egzemplarzach to piękne wydania, twarde okładki i oszczędna grafika (acz z przekazem). Obie idealne na prezent, idealne na półkę – wydawnicze perełki. Jednak o ile Oskar jest ponadczasowy i spodoba się każdemu niezależnie od wieku, tak Człowieka, który widział więcej skierowałabym raczej do mniej wymagających czytelników (co za tym idzie – zapewne nieco młodszych niż pracujący dorośli, którzy mają za sobą całe mnóstwo dobrych lektur).

 

*tytuł tego wpisu to tekst z okładki książki Człowiek, który widział więcej

*czy ktoś odnosi podobne do mojego wrażenie, że pani Róża jest Polką? A może to jakiś chwyt marketingowy? :-)

Wioletta Terefenko

Studentka filologii angielskiej (Uniwersytet Rzeszowski) i Studiów Literacko-Artystycznych (Uniwersytet Jagielloński). Trochę zaczytana, czasem rozpisana, zawsze głodna wiedzy. Niekwestionowana królowa moli (małe cholerstwa).

6 odpowiedzi do “O co zapytałbyś Boga, gdybyś mógł z nim porozmawiać?”

  1. Czytałam pierwszą książkę i to było moje pierwsze spotkanie z autorem. Książeczka tak niewielka objętościowo niesie w sobie ogromny bagaż emocji! Z czasem na pewno sięgnę po inne tytułu, tego jestem pewna ;)

    Pozdrawiam ;)

  2. Kocham tego autora,poznałam go dzięki „Oskar i pani Róża”,ale na tym się nie skończyło. Kocham (w mniejszym lub większym stopniu) wszystkie jego książki :) Super recenzje !!

  3. Znam Oskara i Panią Różę, o drugiej książce słyszałam i chciałam ją przeczytać, ale teraz nie jestem do tego przekonana. Różnica poziomów zaskoczyła mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *