Przesyłkę zaczęłam z niecierpliwością rozrywać jeszcze na środku ulicy, tuż po wyjściu z poczty. Przez kopertę można było wyczuć twardą oprawę i spory format – pokaźne tomiszcze! I w końcu moim oczom ukazała się turkusowa obwoluta. Musiałam dać sobie chwilę, żeby przywyknąć do tego niecodziennego koloru, wydawało się, że nieco kłuje w oczy, ale w końcu to zbiór baśni, będzie się ładnie prezentował na półce. Powąchałam ukradkiem (taki fetysz, książkowe mole pojmują) i już w domu zabrałam się za czytanie.

Niezmiernie się cieszę, że Wydawnictwo Zysk i S-ka nie zdecydowało się na dużą czcionkę, jak to zazwyczaj w zbiorach baśni bywa. Ta tutaj jest całkiem standardowa i bardzo przyjemna dla oka. Od razu widać, że pomimo ładnej oprawy graficznej zamysłem nie było przystosowanie książki do małych czytelników. Autorka sama zresztą przyznaje, że magiczne opowieści przyciągają tyleż samo dorosłych, co dzieci – jeśli nie więcej. To starsi, doświadczeni ludzie częściej odnajdują w baśniach samych siebie, widzą odbicie własnych losów i szukają rad, jak dobrze żyć.

A propos grafiki – przywodzi na myśl egzotyczne opowieści ze wschodu. Dużo tajemnicy. Magii. Koloru.

Założę się, że wiele jest tu baśni, które już znacie. Dla mnie rozczulającym odkryciem było natrafienie na Kwiat paproci, który czytałam w dzieciństwie. Właściwie polskie baśnie wydawały mi się tymi najlepszymi w całym zbiorze (np. Twardowski, Ciekawa baba), zapewne dlatego, że przedstawiają bliskie nam realia. Jest też kilka innych, które zapadły mi w serduszko:

  • Dlaczego woda morska jest słona (Skandynawowie Wam to wyjaśnią)
  • Dlaczego zając ma kusy ogon (to zmyślni Rosjanie)
  • Malutki Bebełe (przesłodka żydowska wersja Calineczki!)
  • Skąd się wzięła wódka (tłumaczą Polacy)
  • Szczęście (rodzime mądrości dla tych, co szukają szczęścia w mieście, a być może czeka ono na wsi)
  • O smoku i sekutnicy (nikomu nie trzeba tłumaczyć, że kobiety są gorsze od czartów)
  • Troje głuptasów (angielska i, co może wydawać się oksymoronem, jednocześnie przezabawna).

Za nic w świecie nie mogę natomiast zrozumieć (polskiej zresztą) baśni O dobrym przewoźniku i o dwóch siostrach rusałkach – to jedna z tych opowieści, przy których mam wrażenie, że zbaczają w zupełnie niezrozumiałym dla mnie kierunku, niemniej jednak jest świetnym otwarciem zbioru.

Jeśli czytamy baśnie dzieciom, warto je selekcjonować w zależności od tego, czego chcemy je nauczyć i na co uwrażliwić – wychodzę z założenia, że niektóre historie warto pominąć. Często zastanawiam się, skąd w baśniach ten powtarzający się schemat, że opłaca się wchodzić w konszachty z nieznajomymi oferującymi nam cudowne magiczne rozwiązania albo że działanie na granicy uczciwości przynosi zysk. Jako nieco bardziej świadomy czytelnik zauważam w baśniach takie odniesienia i nie jestem pewna, czy to coś, co wpływa pozytywnie na rozwój małego człowieka – jestem przekonana, że niejeden rodzic też to zauważy, a wtedy decyzja należy do niego. Spis treści zawiera również czteropoziomowe oznaczenie trudności poszczególnych historii. Na koniec autorka mówi co nieco o pracy bajarza i zachęca do opowiadania – nie czytania – baśni. To naprawdę inspirująca część tej książki!

A gdybyście się zastanawiali, dlaczego wciąż brakuje Wam do pierwszego

…to wszystko przez ludki biedoroby. Sięgnijcie po Bajarka opowiada. Zbiór baśni całego świata, jeśli chcecie dowiedzieć się, jak przepędzić ludki ze swojego domu i zarobić więcej niż najniższą krajową. Poleca Fenko oraz…

Wioletta Terefenko

Studentka filologii angielskiej (Uniwersytet Rzeszowski) i Studiów Literacko-Artystycznych (Uniwersytet Jagielloński). Trochę zaczytana, czasem rozpisana, zawsze głodna wiedzy. Niekwestionowana królowa moli (małe cholerstwa).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *